Szukaj
Aktualnie jesteś: Strona główna Artykuły O SZACUNKU DLA DZIECIĘCYCH UCZUĆ

O SZACUNKU DLA DZIECIĘCYCH UCZUĆ

CZYLI 6 CODZIENNYCH SYTUACJI, KTÓRE NIE ZAWSZE NAM WYCHODZĄ
 

Jako rodzice pragniemy, aby nasze dzieci były odważne, zaradne, śmiałe, otwarte na nowe doświadczenia. Chcemy, aby wyrosły na mądrych i dobrych ludzi. A teraz przyjrzyjmy się komunikatom, które niejednokrotnie im wysyłamy: z jednej strony niby mając na uwadze ich dobro, a z drugiej osiągnięty efekt nie należy do zbyt spektakularnych. Są to drobne zdarzenia, nad którymi tak naprawdę często się nawet nie zastanawiamy i nie analizujemy szczegółowo. Poniżej znajdziecie sześć codziennych, wszystkim dobrze znanych sytuacji, które wzięłam pod lupę, ponieważ z pozoru wyglądają niewinnie, jednak odnoszę wrażenie, że w nadmiarze mogą konkretnie namieszać w głowie młodego człowieka.

I

Spotkanie towarzyskie ze znajomymi, którzy też mają dzieci. Maluchy widzą się po raz pierwszy. Nasze dziecko patrzy nieśmiało i z obawą na nowe osoby. Widać, że nawiązanie kontaktu nie przychodzi mu z łatwością. Co w takich momentach często możemy usłyszeć?

  •  „nie wstydź się”,
  •  „on jest nieśmiały”,
  •  „on się wstydzi”,
  •  „on tak ma”.

Chcielibyście, aby na spotkaniu firmowym ktoś Was takimi słowami podsumował? Albo na rodzinnym obiadku u teściów: „Mareczek jest bardzo nieśmiały. No, Mareczku przestań już się tak wstydzić, tu są sami swoi”. Już widzę jak rzeczony Mareczek dzięki takim komentarzom nagle poczuł w swym umyśle powiew świeżości i poprzez „życzliwe” komentarze postanowił odmienić swój charakter - odrzucił swą nieśmiałą naturę i przeistoczył się w towarzyską bestię sypiącą zabawnymi anegdotami z okresu dzieciństwa. To tak nie działa. Nie zaczarujemy człowieka zachowującego się w sposób nieśmiały takimi słowami, nie dodamy mu śmiałości opisując jego „problem” w ten sposób.

Dziecko zapamięta sobie, że jest nieśmiałe, bo tak zostało nazwane przez swoich rodziców, bo taką etykietkę uzyskało raz, drugi, dziesiąty. Czasami lepiej nie nazywać głośno takich wrażliwych reakcji, nie stygmatyzować dziecka przez pryzmat tego, że np. zaniemówiło i schowało się do pokoju na widok obcych ludzi. To może być reakcja nacechowana szeregiem różnych – niezrozumiałych dla innych - czynników, bo tak po prostu dziecko odebrało zaistniałą sytuację. Dorośli też na widok niektórych osób mają ochotę wycofać się do „swojego pokoju” i nie ma to żadnego związku z tym, że są wstydliwi, prawda?

II

W parku babcia podarowała Twojemu dziecku lizaka. Dziecię szczęśliwe zajęło się rozwijaniem papierka. I wtedy pada epickie: „co się mówi?” Ciężar tego pytania miażdży mnie doszczętnie. To pytanie sprawia, że relacje międzyludzkie nagle jawią mi się jako gąszcz różnych powinności i tego, co wypada, a co nie wypada. Dla mnie pytanie dziecka o to „co się mówi”,

  • gdy mijamy sąsiadów,
  • gdy coś od kogoś dostanie,
  • gdy wyrządzi szkodę,
  • gdy ono coś chce,

jest niewłaściwe. Uważam, że samo zwrócenie dziecięcej uwagi na to, że czegoś się od niego w danej chwili oczekuje, jest jak najbardziej słuszne i zasadne, mam tylko problem z formą tego komunikatu. Z drugiej zaś strony życzymy sobie, aby dziecko miało dobre maniery i wiedziało, kiedy podziękować, poprosić, przeprosić.

I co wtedy?
Jak zawsze w takich sytuacjach przykład idzie z góry. Wiecie jak można obejść ten niesympatyczny zwrot, a jednocześnie przekazać zasadę? Wystarczy podziękować, przeprosić, poprosić w imieniu dziecka i swoim za pomocą liczby mnogiej: „dziękujemy”, „przepraszamy”, „poprosimy”. Gdy moje dziecko coś dostaje od kogoś i w zalewającej go fali euforii zapomni o kindersztubie, mówię znacząco „dziękujemy” i wtedy dziecko przeważnie się reflektuje i przypomina o przyziemnych reakcjach na darowiznę. Nie chcę tego samego efektu uzyskiwać przez to paskudne pytanie.

III

Plac zabaw. Koedukacja. Są chłopcy i dziewczynki. I ich opiekunowie. Kto zna dziewczynkę nielubiącą autek? Kto zna chłopca, który nie chce karnąć się wózkiem dla lalek? Ja nie znam, ale może Wy znacie? Ale nie będzie to - tym razem - pogadanka genderowa. Wróćmy na wspomniany plac zabaw, na którym zdarza się usłyszeć takie oto wypowiedzi: „to nie jest zabawka dla dziewczynki, chłopcy bawią się autkami, zostaw” lub chichot, bo chłopiec jeździ wózkiem dla lali. To są tylko zabawki. Dla dzieci. Dzieci bawią się wszystkim, co mają pod ręką. Czyje dziecko w wieku niemowlęcym nie pokochało szczerą niewinną miłością plastikowych butelek, garnków i pokrywek? Dopóki my, rodzice nie nalepimy na danej zabawce etykiety z napisem „to nie dla dziewczynek/chłopców”, dopóty dziecko samo na to nie wpadnie, bo najbliższy etap socjalizacji zaliczy dopiero w przedszkolu i tam zacznie się szeroki proces konfrontacyjno - weryfikacyjny dotyczący codziennych zjawisk.

IV

Znowu jesteśmy na placu zabaw. Dzieci się bawią, wspinają, kręcą, huśtają. Znasz swoje dziecko, wiesz co potrafi i jakie są jego mocne strony, a mimo to bardzo często słyszymy:

  • „uważaj, bo spadniesz”,
  • „zaraz zlecisz”,
  • „nie wchodź tam, bo jesteś za mały”,
  • „nie dasz rady przez to przejść”.

Ja wiem, że to strach przemawia i że tak naprawdę, to wcale nie chcemy podcinać dzieciom skrzydeł i wiary w ich możliwości, ale posłuchajcie tych słów na sucho, bez emocji. Jak to brzmi? Co to dziecko wtedy słyszy i jak w konsekwencji myśli o sobie?

Czy nie lepiej byłoby podejść do dziecka, gdy robi coś - w naszym odczuciu - ryzykownego, poasekurować je trochę dla naszego własnego wewnętrznego spokoju i wtedy zaskoczyć dziecko komentarzem: „a może spróbujesz wyżej?” albo „nie chciałbyś pójść na tamte trudniejsze ćwiczenia?”

V

Dziecko ma zjechać na rowerze z górki. Widać, że bardzo chce, ale jednocześnie się boi. Padają słowa „boję się, mamo”. I częsta odpowiedź: „nie ma się czego bać”, „nie bój się”. A przecież to, że dziecko się boi bardzo dobrze o nim świadczy, bo znaczy, że dostrzega zagrożenie. Strach to bardzo zdrowy, ludzki odruch. „To dobrze, że się boisz. Wiesz, że nie jest to łatwe. Zjedź powoli hamując, najwyżej się wywalisz. To normalne przy nauce jazdy na rowerze”. Kto zaczynał przygodę z rowerem, ten wie, że bez zdartych kolan i upadków się nie obejdzie i że połączenie nutki strachu z adrenaliną to chleb powszedni takiego kilkulatka.

VI

W przychodni. Rodzic czeka razem z dzieckiem na pobranie krwi. Maluch pyta, czy to boli. Jakże często pada wtedy „nieee, to nie boli. Tak jakby Cię komar ugryzł, nic takiego” albo sami siebie pogrążamy już na wstępie informując dziecko o konieczności badania krwi, mówiąc coś w stylu „pójdziemy pobrać krew – to nic nie boli”. Lęk został dziecku przekazany w takiej formie.

Pobranie krwi nie boli? Jednych boli, a drugim nie przeszkadza. Jednak nawet takie stosowane u najmniejszych dzieci pobranie krwi z palca poprzez nakłucie i duszenie paluszka nie należy do najprzyjemniejszych. Dzieci często przy tym płaczą i to, czy im powiemy, że nie będzie bolało, czy że będzie bolało, nie sprawi, że nie poczują bólu. Obiektywna informacja o tym, że pobranie krwi może dziecko zaboleć jest ważna jeśli chodzi o relacje w rodzinie, że mówi się prawdę, nawet jeśli nie jest ona niczym przyjemnym. Tak samo z wizytą u stomatologa, jeśli czeka dziecko plombowanie. Lepiej uprzedzić i dogadać się, jak reagować w sytuacji bólowej, niż stosować terapię wstrząsową na fotelu.

Przedstawione w tym tekście sytuacje są bardzo popularne. Na pewno każdy z Was spotkał się przynajmniej kilka razy z nimi jako świadek oraz uczestnik. Często w takich chwilach reagujemy z automatu, schematycznie, bo tak nam pokazano czy nauczono. Mamy gotowe wytrychy na podobne wydarzenia. Zastanówcie się jednak - mając przed sobą analizę takich momentów - czy o takie traktowanie dzieciaków chodzi, czy tak postępując okazujemy im szacunek, czy raczej coś przeciwnego? Na Wasze opinie czekam w komentarzach!

Katarzyna Kata

Autor: Katarzyna Kata

Polonistka, mama dwóch chłopców w wieku przedszkolnym.

Czyta na akord, praktykuje jogę, a po godzinach zapełnia słoiki przetworami. Stroni od telewizji, woli radio i reportaże.

 
Chcę korzystać z serwisu i wyrażam zgodę