Szukaj
Aktualnie jesteś: Strona główna Artykuły PROSZĘ NATYCHMIAST USPOKOIĆ TO DZIECKO!

PROSZĘ NATYCHMIAST USPOKOIĆ TO DZIECKO!

CZYLI JAK RADZIĆ SOBIE Z WYBUCHAMI ZŁOŚCI W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

Jako rodzice małych dzieci mamy do czynienia z całą paletą rozmaitych sytuacji. Jedne rozkoszne i miłe, inne zaś wprawiające w zakłopotanie i skutecznie psujące humor. I tym mniej przyjemnym momentom chciałabym się bliżej przyjrzeć w tym artykule.
Zacznijmy od tego, że dużo się obecnie mówi na temat niestosowania przemocy w wychowaniu dzieci, o poszanowaniu ich integralności, o tym, że karanie czy groźby nie przynoszą pożądanych rezultatów. Dyskusja społeczna skupia się na tym, by – zgodnie z korczakowskim przesłaniem - traktować dzieci jak ludzi; jako pełnoprawnych członków społeczeństwa. I wszystko jest pięknie do czasu.

Do czasu, gdy oczom przypadkowo spotkanych osób czy to w sklepie, czy na placu zabaw, czy w parku nie ukaże się obraz wrzeszczącego, tupiącego dziecka, kompulsywnie wyrażającego swoje niezadowolenie. W takich chwilach na nic zdaje się dydaktyka Montessori czy poradniki Jespera Juula. Świadkowie takich scen zazwyczaj potrzebują dać upust swoim emocjom i dezaprobacie.

Dzielą się oni na kilka grup:

  • werbalni kidnaperzy, których cechują uwagi w stylu: „jak nie przestaniesz tak krzyczeć, to Cię zabiorę”,
  • malkontenci krytykujący współczesne metody wychowawcze: „za moich czasów dzieci tak się nie zachowywały, raz dostały lanie i później nawet do głowy by im nie przyszło, żeby tak się zachować”,
  • łapówkarze: „masz lizaczka i bądź już cicho”,
  • publicyści: „no tak, bo teraz to rodzicom nic nie wolno, bić nie wolno, krzyczeć nie wolno i później mają takie kino”,
  • prychający i teatralnie przewracający oczami niemi przechodnie, którzy mówić nie muszą, bo mowa ich ciała już się wypowiedziała,
  • recenzenci: „matka nie umie sobie dać rady z dzieckiem, maluch wchodzi jej na głowę, a ta nic”,
  • pozytywni bohaterowie, uśmiechający się ze zrozumiem i empatią, czasami oferujący pomoc, wsparcie, czy dobre słowo – najmniej liczna grupa.

Nie wiem, jaki Wy macie stosunek do takich grubych scen, ale mnie życie uczy, że jak już dziecko wpadnie w taką potężną furię (której powodem – jak wszyscy dobrze wiemy – może być np. to, że rodzic otworzył drzwi, a przecież dziecko chciało to zrobić, a rodzic się nie domyślił aaaaaa!), to na nic zdają się wszelkie pomysły na uspokojenie. Tańczące Jednorożce na nieboskłonie nie pomogą! Chociaż chwila! Gdybyśmy dali klapsa dziecku i/lub wezwali do porządku jakimś niewybrednym komentarzem opartym np. na groźbie i upokorzeniu, to może wtedy dziecko by się uspokoiło, a następnym razem by pamiętało, że jak znów zacznie się w ten sposób zachowywać, to skończy się to laniem. Tylko chyba nie do końca z takimi metodami nam po drodze, prawda?

Kiedyś takie rozwiązanie było na porządku dziennym, gdy dziecko nie potrafiło czegoś „zrozumieć”. I podejrzewam, że to głównie dlatego frekwencja takich scen w miejscach publicznych była niska. Nie dlatego, że teraz dzieci są inne. Inni są rodzice, którzy zupełnie inaczej podchodzą do swoich dzieci ucząc się na co dzień tego, jak żyć w rodzinie bez przemocy i krzyku. Kiedyś bicie dzieci, gdy były nieposłuszne to była akceptowalna norma. Obecnie już niekoniecznie.

Jeśli uświadomimy sobie, że dzieci to takie istoty, które głośno wyrażają swoje niezadowolenie (podobnie jak i wiele innych uczuć), a my jako rodzice założyliśmy sobie, że nie będziemy bić ludzi, których kochamy, to w sytuacjach, gdy czujemy zbliżający się wybuch u dziecka, działajmy prewencyjnie, czyli dołóżmy starań, aby do eskalacji nie dopuścić.

Przede wszystkim:

  • postarajmy się załagodzić sytuację,
  • odwróćmy uwagę, czasem niewinne: „a widziałeś ten makaron w zwierzątka?!” może uratować sytuację. Czasem, niestety, nie...
  • poszukajmy rozwiązania, czasem wystarczy rzucić: „widzę, że bardzo Ci się podoba to auto. Jest naprawdę ekstra! Zrobimy mu zdjęcie i będziemy o nim pamiętali przy wyborze prezentu na urodziny, ok?”

Jednak, co by się nie działo, nie ulegajmy presji i pod wpływem stresu nie decydujmy się na zażegnanie kryzysu poprzez:

  • obiecywanie nagród za grzeczne zachowanie,
  • kupowanie dziecku rzeczy, o którą był płacz i złość,
  • realizowanie dziwnych pomysłów, które często podsuwają naoczni świadkowie dziecięcych awarii,
  • przekupowanie dziecka np. słodyczami w zamian za to, że przestanie krzyczeć.

Gdy jednak za późno już na działania prewencyjne i dziecko wpadło w szał i zaczyna swoje show dla ubogich, to trzeba skupić się na:

  • zapewnieniu bezpieczeństwa,
  • znalezieniu możliwie najspokojniejszego miejsca na przeżycie ataku furii, czyli dla przykładu, jak jesteś z dzieckiem z restauracji czy kościele, a ono zaczyna wpadać w szał, to zwiewaj w jakieś neutralne miejsce, nie zmuszaj innych do uczestniczenia w takich sytuacjach,
  • usunięciu się z centrum uwagi przypadkowych obserwatorów, gdyż o wiele trudniej podejmuje się właściwe decyzje będąc pod obstrzałem wymownych spojrzeń i niewybrednych komentarzy, gdy masz wrażenie, że otoczenie niemalże skanduje rytm słów: „no zrób coś wreszcie z tym dzieckiem, człowieku!”,
  • przeczekaniu we względnym spokoju (jeśli jesteś taki w stanie w sobie wygenerować) najcięższej fazy, odszukaniu w sobie resztek empatii i jak już najgorsze będzie za nami i dojdziemy wszyscy do siebie, to wtedy możemy sobie próbować sprawę wyjaśniać w sposób humanitarny.

Żebyśmy mieli jasność: szczerze nie cierpię, jak dzieci robią sceny, wyją, testują dorosłych i wymuszają wychodzenie ze strefy komfortu. Nie znoszę tego, a jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to typowe i normalne. Że dzieci tak mają. I jak bardzo by nam to nie odpowiadało, to taka jest ich natura.

  1. To, na czym mi zależy, to zmiana postawy wobec takich sytuacji w naszym społeczeństwie.
  2. To, że rodzice nie podejmują spektakularnych działań mających na celu szybką pacyfikację agresywnego młodocianego osobnika, to jest moim zdaniem bohaterstwo nie z tej ziemi, ponieważ zachowanie spokoju w chwili, gdy buzują w człowieku tak silne emocje i powstrzymanie się od nieupokarzania dzieciaka, to najwyższy poziom wtajemniczenia.
  3. To, że rodzic zdaje sobie sprawę z przebiegu sytuacji i wie, na co i kiedy przychodzi pora w takich burzliwych chwilach i nie przyspiesza pewnych reakcji poprzez naciski ze strony otoczenia to jest w moich oczach + 300 do lansu.
  4. Dzieci muszą się „wyzłościć” i bardzo bym była rada, jakby społeczeństwo wreszcie dorosło do tej oczywistej oczywistości, a nie wytaczało prawdy objawione o - z jednej strony - niebiciu dzieci, a jednocześnie z drugiej strony nie rozumiejąc i nie umiejąc zareagować na poziomie na takie scenki z życia rodziny.

Nie namawiam Was tutaj, naturalnie, do biernego poddania się dziecięcej złości i braku reakcji na nią z Waszej strony. Wręcz przeciwnie! Nad tymi nośnymi emocjami należy pracować, powtarzać w nieskończoność te same komunikaty, zaprzeć się w swoim podejściu i pozostawać głuchym na głosy „życzliwych”, którzy życzyliby sobie natychmiastowego uspokojenia dziecka. Tym artykułem chciałam zwrócić uwagę na potrzeby rodziców z małymi dziećmi, które – sorry – ale tak się zachowują i niekoniecznie jest to wynik złego wychowania.

Życzę Wam, abyście spotykali na swojej rodzicielskiej drodze jak najwięcej osób, które znają i rozumieją takie reakcje i potrafią przejść obok nich neutralnie, bez dorzucania swoich ciężkostrawnych trzech groszy!

Katarzyna Kata

Autor: Katarzyna Kata

Polonistka, mama dwóch chłopców w wieku przedszkolnym.

Czyta na akord, praktykuje jogę, a po godzinach zapełnia słoiki przetworami. Stroni od telewizji, woli radio i reportaże.

 
Chcę korzystać z serwisu i wyrażam zgodę